7.12.2010 r. Tygodnik Ciechanowski
Wojna od kuchni
Władysława Kocota poznałem w lipcu 2000 roku, uczestnicząc z ramienia redakcji w uroczystości stulecia jego urodzin, świętowanych w nowym kościele w Drążdżewie. Stulatek, niewysoki, szczupły mężczyzna, ubrany w oficerski mundur z dystynkcjami majora, trzymał się krzepko. Był sprawny i kontaktowy. Ze zrozumiałych względów zdołałem zamienić wtedy zaledwie kilka zdań z tym ciekawym, żeby nie rzec - niezwykłym człowiekiem. Wspomniałem o swym stryju Józefie, tak jak on przedwojennym nauczycielu, podporuczniku rezerwy, żołnierzu Września, który trafił do niewoli radzieckiej i jego los dopełnił się w Starobielsku.
Pana Władysława historia ta zaciekawiła, mieliśmy do niej wrócić w spokojniejszej chwili. Nie wróciliśmy - czas bowiem płynie szybko, zwłaszcza stulatkom. Władysław Kocot zmarł 22 września 2000 roku. Ze wzruszeniem „przyjąłem” książkę „Pamiętniki i korespondencja z lat 1920., 1939 – 1945”, wydaną przez Archiwum Państwowe m. st. Warszawy, Pułtuskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne z inspiracji córki Władysława - Donaty Kocot-Bończak, zawierającą pamiętniki pisane przez jej ojca przez całe niemal życie, również w czasie pobytu w niemieckich obozach jenieckich, oraz korespondencje, jakie w tym czasie prowadził z rodziną.
Potem pułk brał udział w walkach we wschodniej Galicji - w okolicach Stanisławowa. Opisuje Kocot drastyczne sceny, np. ograbianie zwłok zabitego plutonowego przez kolegów z oddziału, mordowanie poddających się do niewoli Rosjan - co miało być rewanżem za ich mordy na polskich jeńcach. „W ogóle na froncie w takiej bitwie żołnierz jest tylko rozjuszonym zwierzęciem. Pamięta tylko o jednym, że jeśli nie zabije swojego przeciwnika, to on jemu śmierć zgotuje” - rekapituluje autor tego rodzaju rozważania.
Pościg za nieprzyjacielem nie zawsze był zwycięski. Kompania, w której był Władysław Kocot, niemająca kontaktu z pozostałymi oddziałami 13. pp, natknęła się w okolicach Lubara na spore siły bolszewickie i tylko szybka ucieczka i nadejście nocy sprawiły, że ocalała. Po zawieszeniu broni 18 października 1920 roku polscy i rosyjscy żołnierze w zgodzie częstowali się papierosami i pili wódkę. Kompania Kocota została wysłana przez dowódcę pułku kapitana Roją w celu „zdobycia" wioski (trzy dni po zawarciu rozejmu), której przed zawieszeniem broni nie zdobyła - i tam została wzięta do niewoli przez bolszewików i potraktowana jako zdradziecka. Żołnierzom odebrano broń i mundury, zamknięto ich w stodole. „W ten sposób dowódca pułku pan kapitan Rój wywarł swoją złość na 5-tej kompanii” - podsumował zdarzenie Władysław Kocot.
Żołnierzy uwolniono trzy tygodnie później po długich pertraktacjach i wyjaśnianiu Rosjanom, że zaszła pomyłka.
Opisywał też Kocot takie zdarzenia, jak fałszowanie raportów przez dowódców. Zajęli jakąś wioskę o 3 w nocy. Dowódca w raporcie napisał, że zajęli ją o cztery godziny wcześniej. Żeby raport był wiarygodny, napisał nawet, jacy żołnierze pełnili wartę od godz. 23.00... To swoista przestroga dla historyków opierających się na archiwalnych dokumentach: nie zawsze są one prawdziwe.
Zupełnie inaczej od urzędowej historiografii opisuje Władysław Kocot bitwę pod Dytjatynem. Pisze: „Pierwszy batalion był gdzieś na prawo od nas, a trzeci batalion posuwał się za nami tym samym traktem w odległości może 8 do 10 km. Nasz II batalion szedł pierwszy, przewędrował przez las spokojnie i nieprzyjaciela nie spotkał. Kiedy nadszedł III-ci batalion, to w lesie pod Podhajcami na tym samym gościńcu, po którym przed półtora godziną maszerowaliśmy, nagle napadli na nich kozacy i wycięli prawie cały batalion tak, że 10-tej i 11-tej kompanii podobno zostało przy życiu kilkunastu ludzi, którzy uciekli w las. Dziewiąta kompania ucierpiała najmniej, bo zdołała się rozpierzchnąć po lesie. Kozacy rozbiwszy III-ci batalion, zabrali jeńców, tabory i całą baterię armat podgórskich, nowo przydzielonych 13 pp, wreszcie gdzieś tak uszli, że myśmy ich nigdzie nie widzieli. Wprawdzie słyszeliśmy w tyle strzały, ale to się działo krótko i nasz p. kapitan Rój, wówczas dowódca 13 pp, sądził, że to na pewno nasi spotkali gdzieś kilku pozostałych maruderów bolszewickich, zabłąkanych w lesie za nami. Kiedy krótka strzelanina ucichła, pomaszerowaliśmy dalej, pozostawiając własnemu losowi nieszczęsny III-ci batalion".
Redaktorzy książki wyjaśniają w przypisach, że żołnierz ochotnik najpewniej nie orientował się w sytuacji, bo przecież była to słynna bitwa pod Dytjatynem, zwanym „polskimi Termopilami” - III batalion przez 8 godzin powstrzymywał rosyjskie natarcie, ratując 8. Dywizję Piechoty przed okrążeniem.
Wydaje się jednak, że pamiętnikarz jest bliższy racji - legendę o osłanianiu dywizji dorobiono najpewniej potem na potrzeby propagandowe.
Po zakończeniu działań zbrojnych zwolniono ze służby około stu ochotników, którzy, jak pan Władysław, mieli wracać, by dokończyć naukę w seminarium nauczycielskim. Zabrano im mundury, które zastąpiono zawszonymi łachmanami i kazano wracać na piechotę. A byli w okolicach Szepietówki na Podolu. Dopiero od Lachowiec (koło Ostroga) pojechali koleją. Dojechali do Warszawy, gdzie mieli być wypisani do cywila - niestety, nie wrócili tak szybko do szkół. Zapędzono ich do prac porządkowych: wynoszenia gruzu, zmywania podłóg itp. Dopiero po pewnym czasie zwolniono ich z wojska, mogli wrócić do szkół.
Zapisy Władysława Kocota, z pewnością autentyczne, pokazują wojsko i wojnę od kuchni - widziane oczami bezpośredniego uczestnika walk, obserwatora i uczestnika tego wszystkiego, co jest wojną. Takich informacji nie przeczyta w żadnej książce historycznej.
Władysław Kocot ukończył seminarium nauczycielskie, w międzywojniu pracował w szkole. Założył rodzinę. Jednocześnie brał udział w ćwiczeniach wojskowych, zdobywając stopień oficerski. Toteż w chwili wybuchu II wojny światowej widzimy go znowu w szeregach 13. pułku piechoty jako podporucznika rezerwy, dowódcę plutonu. Zmobilizowany w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku nie przeszedł jednak całego szlaku swej jednostki - dołączył do niej dopiero w czasie obrony Modlina. Zapisywał spostrzeżenia i przemyślenia z każdego dnia walki, a właściwie gehenny, jaką przeżywali żołnierze pułku, broniącego Twierdzy na przyczółku w okolicach Kazunia i Cybulic. Bombardowani z powietrza, ostrzeliwani przez niemiecką artylerię, atakowani bez przerwy. Ale oficerowi jest lepiej niż szeregowcom. Podwładni organizują mu wikt, a nawet na barana przenoszą przez wodę.
Niezwykłym dokumentem, pokazującym wojenną kuchnię, są odnotowane szczegóły z ataku 13. pułku na składnicę amunicji w Palmirach, jaki miał miejsce 24 września: „Nasza 3-cia kompania miała być w odwodzie. Z góry spodziewałem się naszego zwycięstwa. Tymczasem stało się inaczej. Jeszcze nie zdążyliśmy się rozstawić, a już Niemcy zaczęli siać po nas z ckm-ów. Nasza 3-cia kompania plutonami padła na ziemię. Ja ze swoim plutonem znalazłem się na lewym skrzydle kompanii. Strzelają po nas z maszynek strasznie. Czekamy dalszych rozkazów. Wtem przybiega jakiś oficer do mnie i pyta się o dowódcę 4-tej kompanii. Żąda, żeby mu dać dowódcę 4-tej kompanii. Wtedy ja wołam łącznika z 6-tej drużyny, z góry wyznaczonego i rozkazuję, żeby sprowadził dowódcę 4-tej kompanii por. Rudnickiego. Tymczasem ten oficer rzuca się na mnie z laską i uderzył mnie po plecach, i rozkazuje, ażebym sam leciał po dowódcę 4-tej kompanii. Wtedy ja odpowiadam, że jestem podporucznik, oficer i dowódca plutonu. Jednocześnie zapytuję, kto mnie ośmielił się uderzyć? Na to zapytanie moje oficer ten wyrwał rewolwer i krzyczy, że jak sam nie polecę po dowódcę 4-tej kompanii, to mię zastrzeli. Widząc, że to jakiś zwariowany starszy oficer, bez oznak naszego pułku, zerwałem się i pobiegłem sam i zameldowałem dowódcy 4-tej kompanii por. Rudnickiemu, że jakiś oficer wzywa go. Jeszcze nie odszedłem od dowódcy kompanii, a ten oficer jest już przy mnie i wygania mnie do plutonu. Znów biegiem wróciłem do plutonu. Postanowiłem jutro stanąć do raportu na tego nieznanego oficera, który musiał być pijany. Okazało się, że to był sam pułkownik Nowak, dowódca 13-ki. W tej bitwie szlag go trafił. Został zabity. On właśnie, na swój rozkaz poderwał naszą 3-cią i 4-tą kompanie i pchnął wszystkie 3 plutony w bój, mimo że był dowódcą kompanii. Znaleźliśmy się w takim ogniu, że z kompanii zostało tylko 46 ludzi. W tym tylko nas dwóch oficerów. Reszta oficerów, podchorążych, podoficerów i szeregowych została ranna, zabita lub zaginiona. Dwa dni temu 4-ta kompania liczyła jeszcze 220 ludzi, a dziś 46 ludzi. Znów zostaliśmy rozbici (...). Opisu podobnych scen nie znajdzie w żadnej książce, nie zobaczy w żadnym filmie. Przekazała je nam skrupulatność Władysława Kocota, który to wszystko odnotował i zachował.
Stefan Żagiel
Tygodnik Ciechanowski
tel.(+48 22) 565-46-00, fax (+48 22) 565-46-14
email: ndap@archiwa.gov.pl
















